Tajlandia z dzieckiem: Gdzie zobaczyć słonie w Tajlandii? Czy wolno jeździć na słoniach? Sanktuaria i rezerwaty słoni. Dziś będzie trochę o słoniach. Przed wyjazdem do Tajlandii postanowiłam zajrzeć do książek Neli, bo przypomniało mi się, że wiele razy opisywała ten kraj. W jednej z nich „10 niesamowitych przygód Neli” znalazłam reportaż o tym, jak Nela jeździ na słoniu. Sporo jest tam fajnych informacji o słoniach, autorka wspomina też o szacunku do tych zwierząt i „oswajaniu” by na nich jeździć i używać jako środka transportu. Są też zdjęcia, gdzie Nela jeździ na słoniu, a obok na grubym łańcuchu podąża za słonicą małe słoniątko. I chociaż ten łańcuch powinien już zapalić u mnie czerwoną lampkę, nie zapalił. Muszę się przyznać, że ciągle jeszcze wtedy myślałam, że jest „złe” i „dobre” jeżdżenie na słoniu. Że jeśli na naszych oczach nie krzywdzi się fizycznie słoni w trakcie jazdy i traktuje „łagodnie”, to słoniom nie dzieje się krzywda. Na szczęście do naszych podróży przygotowujemy się razem z mężem, a to oznacza, że jest zawsze druga osoba, która zapoznaje się z sytuacją. Ja bym pewnie po lekturze książek Neli szukała miejsca, w którym moglibyśmy pojeździć na słoniach bez kaca moralnego. Mój mąż natomiast o słoniach zrobił porządny reseach. Czy wolno jeździć na słoniach? A więc kochani, przejażdżka na słoniu zawsze oznacza krzywdę dla tych zwierząt. Po prostu, NA SŁONIACH SIĘ NIE JEŹDZI. Proces przystosowania słoni do wożenia ludzi opiera się na wczesnym odebraniu zwierząt od matki i łamaniu ducha / wolnej woli słonia przez torturowanie, odmawianie pokarmu, ból fizyczny, łańcuchy, przypalanie, nadrywanie uszu. Słonie, które wożą ludzi przeszły taki proces, by dać się teraz sterować swoim „opiekunom”. Bo słoń to nie siła napędowa ani rodzaj zwierzęcia domowego. Słoń to dzikie zwierzę i błędem jest porównywanie go do koni. Bardzo cenię Nelę jako dziecięcą podróżniczkę i reporterkę, wierzę też, że reportaż o jeździe na słoniach w jej książce powstał z niewiedzy, a nie z braku troski o zwierzęta. Fajnie by jednak było, by autorka w jakiś sposób się do tego reportażu ustosunkowała (a jeśli to już wcześniej zrobiła bardzo bym prosiła o namiary pod tym postem), gdyż ciągle zbyt mało ludzi wie, czym tak naprawdę jest jazda na słoniu. Gdzie zobaczyć słonie w Tajlandii? Jeśli w Tajlandii chcecie zobaczyć słonie z bliska i ich nie krzywdzić, wybierzcie miejsca, które nazywają się elephant sanctuary, czyli sanktuaria, gdzie znajdują się uratowane słonie. Każde z tych zwierząt ma swoją dość smutną historię, ale również nadzieję na przyszłość bez przemocy. Tu słoni się do niczego nie zmusza, jeśli chcą Wam z rąk zjeść banany, podchodzą, jeśli nie, nikt ich do tego nie nakłania. Podobnie z kąpielą, słonie kapią się same, by ich wolność nie była ograniczana. Nie ma tu łańcuchów. O ile w sanktuariach raczej nie oferuje się jazdy na słoniach, to w niektórych turyści są zachęcani do wybrania opcji z kąpielą słoni. Muszę się Wam przyznać, że po tym, jak poczytaliśmy o słoniach, kąpiel na pokaz z turystami również nie wydawała nam się fair w stosunku do tych zwierząt. Postanowiliśmy podziwiać je, a nie traktować jako obiekty rozrywki. Dlatego przy wyborze sanktuarium upewniliśmy się, jak tak naprawdę dane sanktuarium funkcjonuje. My odwiedzilibyśmy sanktuarium Samui Elephant Sanctuary: Na stronie sanktuarium znajdziecie wiele rzetelnych informacji i dowiecie się, dlaczego nie powinno się nie tylko jeździć na słoniach, ale i ich kąpać (chodzi tu o kąpiel jako turystyczną atrakcję). Co mnie zachwyciło podczas wizyty w sanktuarium, to szanowanie odczuć i nastrojów słoni. Jeśli słoń nie chciał podejść do odwiedzających i jeść, nikt takiego słonia nie zmuszał. Na pierwszym miejscu zawsze stały słonie, a nie turyści, również wśród odwiedzających nie zdarzyło mi się zauważyć aroganckich ludzi, którzy oczekiwaliby pokazu cyrkowego od tych wspaniałych zwierząt. Każdy zachowywał się jakby był u słoni w gościach, a nie jak pan i władca całego stworzenia. Właśnie dlatego polecamy Wam to miejsce. Jak wygląda wycieczka do słoni w sanktuarium słoni Samui Elephant Sanctuary? Datę wycieczki opłaca się zamówić przed wyjazdem, jeśli macie mniej więcej zaplanowaną trasę i wiecie, w jakich dniach będziecie w danym miejscu. W sanktuarium na Koh Samui oferowane są dwie wycieczki dziennie. Myśmy ze względu na upały, a byliśmy w marcu i to, że odwiedzaliśmy słonie z naszą pięcioletnią Zosią i niespełna dwuletnią Tamarą, wybraliśmy wycieczkę poranną. W ramach wycieczki zagwarantowany jest przejazd (przyjeżdżają po Was i odwożą do hotelu). Po przyjeździe do Samui Elephant Sanctuary macie czas na wypicie kawy i przegryzienie czegoś słodkiego (wszystko w cenie) przed wycieczką. Słonie są w tym czasie za barierką, a Wy możecie je poobserwować. Następnie przechodzicie do miejsca, w którym możecie karmić słonie przez barierkę. Przed karmieniem jesteście poinstruowani, jak zrobić to bezpiecznie dla Was i dla słoni. Jedzenie dla słoni oferuje w ramach ceny wycieczki sanktuarium. Po karmieniu dostajecie torbę z jedzeniem dla słoni oraz wodę dla Was i jesteście podzieleni na małe grupy. Każda grupa dostaje też przewodnika. Ośrodek oferuje nieodpłatne środki przeciw komarom oraz środki dezynfekcji. Musicie też oczywiście przed karmieniem słoni umyć ręce, by nie narażać słoni. W trakcie wycieczki Wasz przewodnik pokazuje Wam poszczególne słonie, które mieszkają w sanktuarium i opowiada ich historie. Potem podchodzicie do danego słonia (przy każdym słoniu jest jego opiekun) i możecie go karmić. Jeśli słoń nie ma ochoty akurat na towarzystwo, nikt go nie zmusza. Na koniec wycieczki obserwujecie kąpiel słoni. Po wycieczce, czeka na Was przepyszny obiad. Ile kosztuje wycieczka do słoni w sanktuarium słoni Samui Elephant Sanctuary? Nie oszukujmy się, wycieczka do słoni nie należy do najtańszych. Dorośli płacą 3000 Baht (ok 360 zł) a dzieci w wieku 11-5: 1500 Baht. Pamiętajcie jednak, że nie płacicie jedynie za wycieczkę, ale za wyżywienie dla słoni poza sezonem turystycznym, gdy „ruch” w sanktuariach jest właściwie zerowy. Poza tym maltretowanych słoni nie wyrzuca się na ulicę, więc jeśli ośrodek chce takiemu słoniowi pomóc musi go za horrendalne sumy od oprawców odkupić. Dochodzą do tego też koszty utrzymania ogromnych połaci terenu, na którym przebywają uratowane słonie. Traktujcie więc tę sumę jako Wasz wkład w pomaganie słoniom, a nie opłatę za wycieczkę. Jak pomóc słoniom w czasach pandemii Covid-19? Pandemia Covid-19 spowodowała, że liczba turystów zagranicznych w Tajlandii spadła niemal do 0. Brak turystów oznacza brak dochodu w sanktuariach dla słoni, a co za tym idzie brak pieniędzy nie tylko dla osób tam pracujących, ale i na jedzenie dla słoni. Jak więc możemy pomóc słoniom? Bardzo prosto. Samui Elephant Sanctuary utworzyło stronę, na której możecie kupić różnie pakiety jedzenia dla słoni i zapłacić przez PayPal: Pamiętajcie, to czy sanktuaria będą ciągle funkcjonować po pandemii, zależy od tego czy tę pandemię przetrwają. Zachęcam więc Was do pomagania. Co jeszcze mogę zrobić? Odwiedzając sanktuaria słoni pamiętaj, że osoby tam pracujące to nie dorobkiewicze, a pasjonaci, którzy pracują tu z pasji, a nie z chęci „dorobienia się”. Jednak i oni mają rodziny i muszą się utrzymać. Skoro jesteś w Tajlandii, znaczy, że sam nie przymierasz w kraju głodem. Doceń pracę Twojego przewodnika, daj mu napiwek. Czy warto zabierać dzieci do sanktuarium słoni? Tak. Była to jedna z piękniejszych rzeczy, które spotkały nas w Tajlandii. Słonie są niesamowicie delikatne, jeśli chodzi o kontakt z dziećmi, a ich opiekunowie zawsze dbają, by ten kontakt był bezpieczny. Dziewczynki mogły same karmić słonie i nawet pogłaskać je po trąbie. Nawet już same przebywanie w pobliżu tych majestatycznych zwierząt to niesamowite przeżycie, którego nie da się zapomnieć. Bardzo ważne jest mówienie dzieciom o tym, jak zwierzęta należy traktować i co można zrobić by tym zwierzętom pomóc. Oczywiście słonie są również i w zoo, ale tych dwóch miejsc nie da się z wielu oczywistych powodów porównywać. Po wizycie w sanktuarium słoni na Koh Samui w Tajlandii, Zosia powiedziała, że chce w przyszłości ratować słonie, a młodsza pociecha do dziś pokazuje, jak się karmi słonie bananami. Podaj dalej Im więcej turystów i podróżników będzie świadomych sytuacji słoni, tym mniej będzie miejsc, które oferują przejażdżkę na słoniu. Pamiętajcie w krajach utrzymujących się z pieniędzy turystów, inwestuje się w to z czego korzystają turyści i co przekłada się na zysk. Jeśli turyści przestaliby na słoniach jeździć, nie byłoby miejsc, które takie przejażdżki oferują. Wierzę, że większość ludzi, która się decyduje na przejażdżkę na słoniu nie zdaje sobie sprawy, jaką cenę płacą za to słonie, dlatego nie przechodź obok tego postu obojętnie: „Podaj dalej”! Informuj innych! Chcecie przeczytać więcej o Tajlandii? Na ten temat pisało też National Geographic Polska Podziel się:
Tajlandia to kraj szeroko otwarty na zachodnich turystów. Urządzone w europejskim stylu hotele i luksusowe kurorty kuszą miłośników wygód, ale prawdziwa Tajlandia jest gdzie indziej. Zapraszamy w podróż wąskimi i zatłoczonymi uliczkami Bangkoku, taksówką tuk-tuk, potem na pływający targ, a na koniec do pięknie zdobionych buddyjskich świątyń.
W poprzednim poście pisałam o zachowaniach, które w Tajlandii uchodzą za brak szacunku czy są niezgodne z prawem. Tym razem chciałabym Ci dać kilka praktycznych wskazówek ułatwiających pobyt w tym przepięknym kraju. 1. Pieniądze Walutą obowiązującą w Tajlandii jest baht tajski (THB). Obecnie 1 THB to niecałe 0,12 PLN. W mniejszych polskich miastach może być problem z wymianą złotówek na bahty. Uważa się zresztą, że jest to też stosunkowo nieopłacalne – najlepiej kupić dolary i wymienić je na miejscu. Większość rzeczy – w tym ubrania i kosmetyki – możemy kupić już w Tajlandii. Warto jednak zabrać ze sobą leki (przeciwbólowe, przeciwbiegunkowe etc.) oraz preparaty przeciwsłoneczne, bo chociaż dostaniemy je bez problemu, to cena będzie nawet 2-3-krotnie wyższa. Nieco droższy niż w Polsce jest także alkohol. 2. Wiza Jeśli planujesz pobyt krótszy niż 30 dni, nie musisz mieć wizy, żeby dostać się do Tajlandii. Obywatele Polski potrzebują jedynie paszport (ważny minimum 6 miesięcy od daty przekroczenia granicy) oraz bilety lotnicze (na wjazd i wyjazd z kraju). Pobyt dłuższy niż miesiąc wymaga posiadania wizy, którą można wyrobić w Ambasadzie Tajlandii w Warszawie. 3. Targuj się Często ceny podawane turystom są dwa razy droższe – na przykład masaż za 400 bahtów nagle jest możliwy za 200. Albo jazda taksówką, początkowo za 1000, dochodzi do skutku za 600 bahtów. Czasami (jak to ja) miałam wyrzuty sumienia, że mam tak dużo, a inni tak mało, a jeszcze się targuję, dlatego po masażu czy obiedzie dawałam wytargowaną różnicę jako napiwek masażystce czy kelnerce. Dzięki temu wiedziałam, że pieniądze trafią prosto do jej kieszeni. 4. Kup kartę SIM Chociaż WI-FI jest w wielu miejscach dostępne, kupno karty SIM jest o wiele wygodniejsze – na przykład kiedy jedziesz skuterem i zgubisz się w środku lasu, Google Maps może Cię poratować 😉 Karta SIM kupiona na lotnisku to wydatek 350 bahtów. W pakiecie był całkiem dobry, 6GB internet. 5. Spray na komary to podstawa Szansa, że zachorujesz na malarię, nie jest specjalnie duża, jednak na dengę (na którą nie ma szczepionki) – już całkiem realna. W położonych wśród drzew chatkach najczęściej dostaniemy moskitierę zawieszoną nad łóżkiem. Poza tym musimy radzić sobie sami. Najlepszym, najczęściej polecanym środkiem przeciw komarom jest Mugga – u mnie sprawdzał się całkiem dobrze. W takim pięknym domku mieszkałam na Phi Phi 6. Zaszczep się W Tajlandii żadne szczepienia nie są obowiązkowe. Lekarze zalecają jednak zaszczepić się na dur brzuszny, tężec, błonicę, wirusowe zapalenie wątroby typu A i B. Większość z nich ma nas chronić w przypadku spożycia zakażonej żywności czy wody. Jako że byliśmy na nie szczepieni w dzieciństwie, w wielu przypadkach wystarczy tylko się doszczepić. Najlepiej wybrać się lekarza 4-6 tygodni przed planowanym wyjazdem. 7. Nie wierz w 100% prognozom pogody Podczas każdego mojego pobytu w Tajlandii – w październiku, listopadzie, grudniu, styczniu – prognoza pokazywała nieustanną ulewę. Plan więc przewidywał nabyty wcześniej płaszcz przeciwdeszczowy i ewentualne opychanie się pad-thaiem na hamaku. Nie padało ANI RAZU. Kiedy wybieramy się na wakacje warto sprawdzić, w jakich miesiącach jest pora deszczowa, żeby zminimalizować ryzyko ugrzęźnięcia w pokoju ho(s)telowym, ale rozsądniej jest brać pod uwagę roczne zestawienie opadów niż sprawdzać dzień po dniu. 8. Prostytucja jest nielegalna, ale bardzo powszechna W zależności w jakiej części kraju jesteś, panie zachęcające do ping-pong show mniej lub bardziej rzucają się w oczy. Centrum Phuketu było wręcz przesycone kobietami oferującymi różnego rodzaju atrakcje. Nieważne, czy idziesz z dzieckiem, mężem czy dziadkami – i tak będą próbowali Cię zwabić w swoje progi. Niezależnie od tego, co myślisz o prostytucji, wstrzymaj się z ocenianiem i przeczytaj najpierw pozycję “Człowiek w przystępnej cenie. Reportaże z Tajlandii” (tutaj też możesz przeczytać moją recenzję tej książki). Autorka tłumaczy tam, co wpłynęło na powstanie i rozwinięcie się seks-turystyki oraz co myślą sami Tajowie. 9. Najlepszym sposobem podróżowania jest skuter W zależności od regionu, wynajem dzienny skutera to koszt ok. 200 bahtów. Świetnie sprawdza się w podróżowaniu po całej wyspie – można go postawić w dowolnym miejscu i nie trzeba za każdym razem targować się z taksówkarzem. Jest to jednak opcja dla osób, które sobie dobrze na nim radzą, jako że kultura jazdy w Tajlandii jest dość dyskusyjną kwestią (chociaż nie może równać się z tym, co się dzieje na chińskich drogach). W Bangkoku zdecydowanie lepiej jest poruszać się metrem. 10. Jazda na słoniu? Nie, dziękuję Po phajaan, czyli metoda „tresowania” słoni, to w dosłownym tłumaczeniu „łamanie duszy”. Treser tak długo bije zwierzę, aż te będzie całkowicie posłuszne. Słonie są torturowane już od najmłodszych lat – słoniątka zamyka się w małych klatkach i związuje linami i łańcuchami. Wbija im się gwoździe w stopy i uszy, razi prądem, nie daje jeść i pić. Po kilku tygodniach takiego znęcania się każdy słoń się podda – później łatwo go nauczyć różnych sztuczek, w tym wożenia na grzbiecie tysięcy turystów. Niech nie zwiedzie Cię spokojny słoń i uśmiechnięty właściciel – nawet jeśli zwierzę nie ma widocznych śladów ran, to znaczy to tylko tyle, że treser dba o swoje źródło dochodu. Jednak już podczas samej przejażdżki nie szczędzi mu batów, a założony na plecach metalowy stelaż (ważący z turystami nawet 200 kg) niszczy kręgosłup. Jeśli chcesz zobaczyć słonie żyjące na wolności, w Tajlandii najbardziej takim znanym miejscem jest Elephant Nature Park w Chang Mai. Ja miałam szczęście zobaczyć to piękne zwierzę w Krabi, pod Tiger Cave Temple, gdzie przechadzał się wolno i wyjadał owoce z przydrożnych straganów. ________________________________________________________ Dodalibyście coś do tej listy? 🙂
Tajlandia na blogu podróżniczym Filmy z plecaka. Zdjęcia, relacje, informacje. jazda na słoniu; złoty trójkąt (na granicy Laosu (można przepłynąć
Po raz pierwszy w życiu jeździłem na słoniu. Jechałem na nim kilkaset metrów, a potem plusknąłem razem z nim w rzece. Było to prawdopodobnie jedno z najbardziej niezapomnianych przeżyć podczas całej podróży do Pai.. Spacerując ulicami Chiang Mai zobaczyłem plakat reklamowy zapraszający na fascynującą jedno- lub dwudniową wycieczkę na słoniach z kąpielą tych kadłubów w rzece. Zdjęcia na plakacie były dość atrakcyjne, ludzie i słonie, wydawało mi się, byli tak radośni i radośni, że chciałem również przeżyć to doświadczenie - zabawę ze słoniami. Dopiero teraz ta radość była jakoś całkowicie smutna. Treść artykułu 1 Jazda na słoniu 2) Przydatna informacja 3) Na mapie Jazda na słoniu Najtańsza oferta, którą widziałem w Chiang Mai w ciągu 1 dnia, to 2500 bahtów za osobę (pod warunkiem, że dwie osoby jeżdżą na słoniu) lub 3500 na osobę (jeśli słoń jest tylko do Twojej dyspozycji). I chociaż program obejmuje znacznie więcej, te pieniądze wciąż nie są tego warte. Dlatego porzuciłem już ten pomysł. Drogie, a jednak śmierdzi, prawdopodobnie ... A oto jestem w Pae, a na pierwszym rogu turystycznym widzę zupełnie inne ceny za prawie tę samą przyjemność! I nawet jeśli nie było żadnych zapasowych ubrań kąpielowych, jak w Chiang Mai, a sama przyjemność nie trwała cały dzień, ale tylko godzinę lub dwie, postanowiłem spróbować. Ale nie zacząłem od razu zamawiać wycieczki w tym małym biurze podróży, postanowiłem pojechać ponownie i zobaczyć. Po wypożyczeniu roweru pojechałem na przedmieścia Pai (na południu) i po pewnym czasie zaczęły napotykać różne obozy słoni (obóz słoni). Wybrałem najtańszy katalnya, korzyść, wszystko to nie rozumiem różnicy. Byłem zaskoczony, że istnieją dwie takie usługi naprzeciw siebie, w ciągu jednej godziny kosztuje 600 bahtów / osobę (jeśli są dwie na słoniu), aw drugiej - 300 bahtów / osobę (na tych samych warunkach). Co więcej, po pierwsze trzeba było znaleźć partnera, a po drugie byli gotowi, aby mnie nieść sam, tylko drożej. Przybywszy tam następnego dnia rano, znalazłem słonia na smyczy. Nudnie żuła suche liście i rozmyła łańcuch. Wydawało się, że to nic specjalnego, ale wyglądała na zbyt zmęczoną. I mimowolnie pojawiło się pytanie, czy naprawdę chce pójść do tej rzeki i czy naprawdę tego potrzebuje. Zaczynając trochę dręczony wyrzutami sumienia, wspiąłem się na to ciepłe, duże, a przy okazji zupełnie nie śmierdzące zwierzę, i ruszyłem w drogę. Pierwsze wrażenia - słonie mają grubą, szorstką skórę, a głowa jest owłosiona i kłująca! I tak łatwo odpaść, jeśli lubisz robić zdjęcia. Kolorowy drower siedział z dużym haczykiem na patyku z przodu, wsadził stopy i haczyk w uszy słonia i ciągle wydawał dziwne dźwięki. Zasadniczo tutaj nawet koty nie są nazywane «Kitty Kitty», i «miau miau» a nawet baza. Słoń szedł powoli, czasem nawet zatrzymując się. Większość drogi poruszaliśmy się po asfalcie, co nie jest tak interesujące, mimo że kierowca później dał mi miejsce na szyi naszego dużego transportu. Jedź więc na słoniu z siodłem Jedź więc na słoniu z siodłem Jedź więc na słoniu z siodłem Z jakiegoś powodu siodło jest przymocowane z tyłu Ten sam niesamowity haczyk Zbliżając się do rzeki, zaczęły wnikać myśli, że słonie nie są tak nieszkodliwymi zwierzętami, a jeśli coś mu się nie spodoba, nie będzie ceremonii. I czując, że słoń nie odczuwa szczególnie silnej chęci, by gdzieś pójść i pluskać się w wodzie, a krzyki i pragnienia poganiacza nasilały się i stawały się częstsze, już zastanawiałem się, czy go potrzebuję. Prawdopodobnie, gdybym się zrelaksował i naiwnie uwierzył, że słoń też lubi pływać, wylewa mi wodę z bagażnika z bagażnika, gwałtownie zanurza się lub wrzuca do rzeki, byłbym bardziej zabawny. Widziałem jednak, że wszystkie te działania są wykonywane po natarczywych rozkazach zbójcy, wbijając hak w jego zwierzę. Po 10 minutach takich salta powiedziałem kierowcy, że wszystko mi się podoba, ale już dość. Mój entuzjazm do kąpieli całkowicie ostygł, gdy zobaczyłem drugiego słonia, który przyszedł do nas później, przed pływaniem, bezpiecznie sikał do wody i rzucił tam przyzwoitą kupę. Słoń jedzie w Thailand Ale ci sąsiedzi bardzo szybko stali się całkowicie mokrzy Czasami słoń idzie całkowicie pod wodę Dość latał z tyłu naszego uszatego jeźdźca Miękkie lądowanie Chcę wierzyć, że obaj uczestnicy kąpieli są zadowoleni Udało się jeździć na słoniach i pływać, czas wrócić do domu Przyprowadziwszy słonia do boksa, nakarmiłem go trzcinami i poszedłem umyć się z wody rzeki specjalnymi betonowymi czcionkami. Wchodzisz na swoje ubranie i piszesz. Wrażenia pływania okazały się mieszane. Z jednej strony nowe doświadczenie, ponieważ nie codziennie kupujesz ze słoniem. Z drugiej strony specyficzna eksploatacja zwierząt, przemoc. Ogólnie rzecz biorąc, teraz patrzę na te wszystkie pokatushki zupełnie inaczej. W ten sposób sto słoni jeździ na słoniu bez odpoczynku, jedzenia i umiera. Nie jestem pewien, czy warto. Lepiej jest szukać farm słoni, w których są one dobrze traktowane, i takie też są. Przydatna informacja - Jedna godzina jazdy i pływania w rzece w różnych obozach dla słoni może kosztować od 300 do 1200 na osobę (jeśli dwie osoby jeżdżą na słoniu); - Jeśli wycieczka jest tania, będziesz pływać w ubraniach, więc lepiej zabrać ze sobą zapasowy na zmianę ubrania. Ceny na narty w jednym z biur podróży Ceny za jazdę na słoniu w innym biurze podróży Na mapie Sąsiedztwo Pai Pai Neighborhood: Wszystkie informacje o Pai są gromadzone tutaj. Pai - pensjonaty, co zobaczyć, jak zdobyć, hotel można zarezerwować pod adresem Roomguru. Podobne artykuły
Wstęp na pokazy słoni w Bali Elephant Safari; Jazda na słoniu przez dżungle; Obiad w formie szwedzkiego stołu w restauracji (zależy od wybranego programu) Ubezpieczenie . KOSZT: od US$92/os. (min 2 uczestników) CZAS TRWANIA PROGRAMU: zależy od programu
Opinia Piotra Paulo o słoniach w Tajlandii Mieszkam i pracuję w Tajlandii od 12 lat. Zajmuje się aktywnie propagowaniem turystyki. Zawodowo jestem instruktorem – trenerem nurkowania i koordynatorem wycieczek pod- i nadwodnych. Od dziecka spędzam aktywnie czas na łonie natury, a cały pobyt w Tajlandii silnie związał moją pracę zawodową z przyrodą morską i lądową. Sporo wolnego czasu przeznaczam na poznawanie azjatyckiej dżungli. Nie jestem jednak ani biologiem, ani niebywałym znawcą dzikiej przyrody. Napisałem ten artykuł wobec wielu wątpliwości, które wzbudza sposób traktowania zwierząt jako wakacyjnych atrakcji, w szczególności chodzi mi o słonie w Tajlandii. Mam na myśli liczne oskarżenia pod adresem poganiaczy, ośrodków – obozów, organizatorów turystyki, a nawet Tajów w rozumieniu ogólnonarodowym. Treść napisana jest z mojej subiektywnej perspektywy, na podstawie zebranych doświadczeń. Nie jest to w żadnym zakresie opracowanie naukowe, a jedynie zbiór moich wrażeń i wiadomości zebranych na podstawie obserwacji i codziennych rozmów z ludźmi, którzy przeżyli większą lub mniejszą część swojego życia ze słoniami. Nie jestem dobrym fotografem dlatego, aby uatrakcyjnić arytkuł użyłem, poza swoimi, zdjęć z licencją „commercial use”. Jeśli uznacie ten artykuł za ciekawy, to wyrażam zgodę na jego udostępnianie pod warunkiem podania źródła. Przejrzałem internet pod kątem publikacji zachęcających do bojkotu słoniowych ośrodków czy wypuszczania ich na wolność. Wielu autorów albo wprost przepisuje posty swoich zagranicznych kolegów, albo powtarza opinie na podstawie obejrzanych w internecie filmów i przeczytanych artykułów. Wyrażane zdanie, często brednie, niby-górnolotne treści poparte doświadczeniem jednorazowego turysty, albo wręcz tylko oglądacza materiałów o różnej wiarygodności, przekładane są na generalizujące opinie zalewające internet. Niejednokrotnie agresywne, przykre, nieprawdziwie. Podobne manipulacje danymi oglądamy na co dzień w świecie wielkiej polityki, i coraz więcej z nas zaczyna być wyczulonym na wiarygodność źródeł. Jednak w sprawie egzotycznych słoni, zwłaszcza w okresie ich owianego tropikalną mgłą dzieciństwa ukazanego przez Youtube lub jakiegoś „bloggera” stajemy się często dziwnie naiwni i bezkrytyczni. Pamiętam, gdy udostępniłem (moim zdaniem cudny) filmik o słonicy pomagającej małemu wydostać się ze śliskiego koryta rzeki, a niedawno inny ze słoniowego żłobka w Ayutthaya, gdzie malec bawił się z ludźmi. Pod obydwoma postami prawie natychmiast pojawiły się komentarze o torturowaniu słoni i o tym, że wspieram i propaguję przemoc wobec zwierząt, i co ja sobie w ogóle wyobrażam, i czy widziałem filmy o torturowaniu słoni? Stąd właśnie ten artykuł. Postanowiłem uporządkować po swojemu kwestię słoni. Zapraszam do czytania i kontaktu ze słoniami 🙂 Piotr Paulo Słonie są gruboskórne. MIT. Słonie mają bardzo gruba skórę, podobnie jak np. nosorożce, ale nie są gruboskórne. To bardzo wrażliwe stworzenia, zarówno fizycznie jak też psychicznie. Trąba słonia ma wiele tysięcy mięśni i jest bardzo unerwiona, odpowiadając za większość zmysłów zwierzęcia. Słonie mają doskonałą pamięć. Wracając w te same miejsca nie mam wątpliwości, że słonie poznają mnie i przychodzą „przywitać się” prawie tak jak psy. Wydaje mi się, że bez wątpliwości potrafię zauważyć kiedy słoń się cieszy, kiedy jest obojętny, a kiedy smutny. Wielokrotnie widziałem łzy słoni. Widziałem w wielu miejscach Azji małe słoniki przykute krótkim łańcuchem do pala. Te słonie zostały oddzielone od matek, płaczą wielkimi łzami, widać smutek emanujący z ich całego zachowania, nie wspominając o charakterystycznym kiwaniu wskazującym na chorobę sierocą. Rozmawiałem wielokrotnie na ten temat z Tajami. Znaczna część z nich nie rozumie o co mi chodzi – przecież nikt tego słonia nie bije, lecz karmi mlekiem (sojowym !!!) z butelki ze smoczkiem. Być może dochodzi tu jeszcze jeden aspekt – wiara w karmę, z której wynika mniej więcej tyle – jeśli urodziłeś się słoniem, to znaczy, że nie zasłużyłeś na inne lepsze, życie tylko na słoniowe. WNIOSEK: Na całym świecie spotyka się ludzi, którzy w imię własnych interesów, kaprysów, niewrażliwości albo zwykłej niewiedzy krzywdzą zwierzęta. W Azji wydaje się, że wielu ludzi nie rozumie terminu znęcania się psychicznego, a czasem nawet fizycznego nad zwierzętami. Przedmiotowe traktowanie zwierząt częściowo wynika z religii a częściowo z braku świadomości i wiedzy. Tajowie zwykle chcą się rozwijać, z natury nie są agresywni ani sadystyczni, wręcz przeciwnie. Pokazanie im dobrego wzorca i przyjaznych sposobów zarabiania pieniędzy przy użyciu słonia daje efekty (o czym w ostatnim akapicie). Trzeba złamać psychikę słonia, inaczej nie będzie posłuszny człowiekowi MIT. Trzeba wyraźnie rozróżnić dwa gatunki słoni: afrykańskie i indyjskie. Afrykańskie są dzikie i nie chcą wchodzić w interakcję z człowiekiem, nie dają się tresować. Aby „pozyskać” kły od słonia afrykańskiego prawie zawsze konieczne było zabicie zwierzęcia. Dlatego Afryka wprowadziła znacznie wcześniej niż Azja zakaz handlu kością słoniową. Słonie indyjskie są inne, stosunkowo łatwo dają się oswajać, a jeśli urodziły się wśród ludzi, nie potrzebują tresury by służyć człowiekowi. Do dziś udomowionym słoniom przycina się kły ze względów medycznych; odbywa się to w sposób humanitarny a zwierzęta zachowują się spokojnie podczas zabiegu. WNIOSEK: Słonie indyjskie przeszły metamorfozę ze zwierząt całkiem dzikich do bardziej „gospodarskich”. Rozmnażają się i żyją wśród ludzi. To inny gatunek niż żyjące w buszu na wolności słonie afrykańskie. Na co dzień odwiedzamy tylko te słonie, które urodziły się w niewoli. Nie spotkałem się nigdy osobiście z przypadkami fizycznego znęcania się nad słoniami, co oczywiście nie znaczy, że tego zjawiska nie ma. Nie jest ono jednak ani znaczne ani powszechne, jak się niektórym wydaje. Ślady znęcania fizycznego zawsze zostają. Widziałem wielokrotnie słonie podrapane od drzew. Gdy swędzi je skóra, potrafią ocierać się do krwi o drzewo. Za każdym razem widzę wówczas, że maja posmarowane otarcia gencjaną. Nic dziwnego, wszak słoń kosztuje tyle co samochód. WNIOSEK: Nasze wrażenia są relatywne, a wyobraźnia nie zawsze podpowiada prawdziwe scenariusze. Zamiast bezmyślnie powtarzać tezy o torturowaniu słoni, zastanówmy się, czy to jest prawda. Pokazy cyrkowe z użyciem zwierząt zapamiętałem jako koszmar z dzieciństwa. Nigdy nie zabrałem swoich dzieci do cyrku. W „naszej” wiosce słoni wśród kilku maluchów jest jedno małe słoniątko, które tam się urodziło, i które znam od początku istnienia. Któregoś dnia ten mały słonik, zaczął grać na harmonijce ustnej, a potem nauczył się od dorosłych słoni różnych popisów, które nazwałbym bez wahania cyrkowymi. WNIOSEK: Nigdy nie uwierzyłbym, że nie przeszedł jakiejkolwiek (albo raczej koszmarnej) tresury, gdyby nie fakt, że widziałem go na tyle często w wiosce, że byłoby to po prostu niemożliwe. Ponownie wyobraźnia podpowiada nam różne scenariusze. Jest coś takiego w ludzkiej naturze, że np. krótkie filmiki o znęcaniu nad zwierzętami (i ludźmi) na youtube mają ogromną ilość wyswietleń w porównaniu do tych pokazujących ich normalne zachowania. Widziałem kilka przerażających filmów o katowaniu słoni – czy są prawdziwe? Nie wiem; często twarze oprawców są zamglone i nigdy nie widziałem aby autor wspominał o miejscu, gdzie miałoby się to odbywać. Trochę mnie to zastanawia, bo w polskim wydaniu gdy np. nakręcony jest film z „trofeami” z polowania to zwykle autor dba o więcej szczegółów, gdyż celem udostepniania filmu jest ukrócenie takiego procederu. Może się mylę, nie wiem, to tylko moje wrażenia, że w sieci pojawia się coraz więcej bzdur, powielanych przez ludzi, którzy często propagują nienawiść tylko dlatego, że coś tam widzieli, (co w dodatku może być manipulacją) a nie na podstawie własnych doświadczeń. Nie wspomnę już, że nigdy nie uwierzę w wyjątkową wrażliwość do zwierząt człowieka, który jest agresywny do innych ludzi. Inny wniosek – słonie podobno nie rozmnażają się w złych warunkach, zwłaszcza gdy czują się zniewolone. Poganiacze krzywdzą słonie Mit. Poganiacze, zwani Mahutami używają narzędzi, które wyglądają jak zaostrzony młotek albo krótka włócznia. Obydwa kojarzą się mi z narzędziami tortur z Toledo. Z moich obserwacji wynika, że są używane do naciskania skóry słonia w różnych miejscach. W Europie do „sterowania” koniem używa się bata. Myślę, że gdyby pokazać bat wielu Azjatom, to byliby przerażeni. W tym regionie używano bata do zupełnie innych celów, a nasza wyobraźnia działa w odniesieniu do wcześniejszych doświadczeń. Tresowanie konia do skakania przez przeszkody lub mistrzostw w „ujeżdżaniu” nie uważa się za znęcanie. Podobnie wiele słoni przyuczanych jest do swoich zadań bez tortur. W obu jednak przypadkach, jeśli chcielibyśmy wprowadzić odnoszenie się do zachowań dzikich osobników, to trzeba powiedzieć że wytresowane umiejętności zwykle nie są naturalne dla dzikiego brata konia ani słonia. I co z tego, że nie są? WNIOSEK: Skóra słonia jest delikatna i łatwa do uszkodzenia. Właściciel musiałby być idiotą aby narażać drogiego słonia na chorobę, śmierć, albo chociażby wyłączenie z pracy wskutek zakażeń od ran. Oczywiście nie brakuje idiotów na świecie. Wpisując w google po polsku frazę „znęcanie się nad” dostaniemy szokujące podpowiedzi i ilość filmów o tysiącach wyświetleń. Podobno polski chłop też potrafi zrobić krzywdę koniowi, o psich losach nie wspominając. Czy wobec tego należy mówić, że Polacy to sadyści znęcający się nad zwierzętami? Najlepiej byłoby uwolnić słonie MIT. W latach 1950 do 2015 zalesienie Tajlandii spadło z prawie 80% powierzchni kraju do około 30%. W tym samy czasie populacja dzikich słoni spadła z około 100 tysięcy do (co nie jest pewne) 2 tysięcy. Wyłapywanie dzikich słoni i kłusownictwo znacznie zmniejszyło się od czasu wprowadzenia zakazu niekontrolowanego wyrębu dżungli, co jednak nie powoduje odbudowy populacji dzikich słoni. W kwietniu tego roku (2017) odwiedziłem z moim synem prowincję Mae Hong Son, która była przez stulecia słoniowym rajem, (dziś mieści między innymi znany ośrodek dla „szczęśliwych słoni” położony na 100 hektarach pomiędzy Chiang Mai a Pai) Podczas naszej podróży temperatura osiągała codziennie ponad 40 stopni. Wg danych meteo ostatnie dwa lata były nie tylko najgorętszymi okresami od czasu wojny, ale fala ekstremalnych upałów i suszy utrzymywała się kilkukrotnie dłużej niż kiedykolwiek w znanej historii. Północne tereny Tajlandii dotknięte suszą – kwiecień 2017 Widzieliśmy przez wiele dni podróży ciągnące się po horyzont czerwono-brunatne połacie pylistego gruntu z pojedynczymi, dogorywającymi zielonymi roślinami i hektary lasów bez jednego liścia. Widzieliśmy głodujące zwierzęta domowe i wieśniaków w niewiele lepszym stanie modlących się o jedną kroplę deszczu. Tam zrozumieliśmy, że naturalne środowisko słoni zostało w znacznym stopniu bezpowrotnie zniszczone, las wycięty a zmiany klimatu tylko potęgują tą sytuację, która będzie się z czasem dalej pogarszać. Prowadziłem tam wiele rozmów o słoniach. Wieśniacy mówią o nich z nienawiścią i przerażeniem. Ostatnio dziki słoń wdarł się na plantacje arbuzów i pożarł ją w całości. To oznacza brak środków do życia dla całej rodziny i zagrożenie życia bo głodne zwierzę tratuje zagrody i prymitywne domostwa. WNIOSEK: Hipotetyczne uwolnienie słoni w Tajlandii nie jest możliwe, bo nie mają dokąd wrócić. Ludzie żyjący w skrajnej nędzy nie zrozumieją nigdy górnolotnych opowieści o gatunkach chronionych i będą skłonni do wielu (trudnych do wyobrażenia w najedzonej Europie) zachowań w celu nakarmienia swoich dzieci. Zostawianie pieniędzy w ośrodkach ze słoniami nie przynosi korzyści dla zwierząt MIT. W wiosce słoni, którą odwiedzamy, codziennie przyjeżdża transport krzaków ananasów po dokonanym zbiorze owoców. Każdy słoń je dziennie kilkaset kilogramów pożywienia roślinnego. Wykarmienie ich jest kosztowne. Osobiście cieszę się, że w jakiś sposób przyczyniamy się nie tylko do tego, że karmimy słonie za każdym razem koszami bananów, ale gdy widzę te ciężarówki z liśćmi zawsze myślę, co stałoby się z tymi konkretnymi osobnikami, gdyby nie były dokarmiane. Ktoś powie, że radziłyby sobie doskonale, tak jak przez tysiące lat, bez człowieka. Ja myślę, że nie. Nie jest to tylko kwestia tego, że połacie dżungli zamieniły się w stosunkowo niewielkie parki narodowe pełne ludzi. To także kwestia innych umiejętności zwierząt urodzonych w niewoli. Przykładowo: oprócz słoni, podczas naszych wycieczek odwiedzamy ośrodek rehabilitacji gibbonów (ginący gatunek małp). Dla wielu osób, którym los zwierząt nie jest obojętny, widok małp w klatkach kojarzy się co najmniej źle. Wolontariusze, opiekujący się gibbonami odpowiadają cierpliwie – potrzeba wielu lat, by przygotować zwierzę do powrotu do naturalnego środowiska jeśli nie nauczyło się tego w stadzie, inaczej, nawet mając warunki do życia – zginie. WNIOSEK: Osobiście cieszę się, że namówiłem setki Polaków na odwiedzenie miejsca rehabilitacji gibbonów i wioski słoni. Bez zostawionych tam pieniędzy, zwierzęta byłyby mniej zadbane, a wypuszczenie ich na wolność jest zwyczajnie niemożliwe i w wielu przypadkach oznaczałoby wyrok śmierci dla zwierzęcia. Jeżdżenie na ławeczkach przytroczonych do słoni jest złe FAKT. Siedzisko na grzbiecie zostało wymyślone i udoskonalane przez azjatyckich wojowników dawno temu, gdy słonie bojowe używane były jako żywe czołgi. Dzisiejsza ławeczka jest kontynuacją pomysłów wojennych, z tą różnicą, że przeciętny żołnierz sprzed 100 lat ważył 50 kg, a przeciętna turystyczna para waży trzy albo więcej razy tyle. Noszenie całymi dniami takiego ciężaru na wygiętym kręgosłupie nie jest zdrowe ani dla słonia ani dla żadnej innej istoty. Rzeźba birmańskiego słonia bojowego – Ayutthaya. Zwróćcie uwagę, że Mahut jadąc na swoim słoniu nigdy nie siada na wygietej części kręgosłupa lecz na karku albo na głowie i jesli chcecie mieć zdjecie na słoniu to namawiamy aby właśnie tak siadać. Według mnie najwiekszym problemem związanym ze zniewalaniem słoni nie jest jednak kwestia krzywd fizycznych, lecz psychicznych. Mam na mysli przede wszystkim rozdzielanie matki i dziecka przed czasem, gdy oboje są na to gotowi. Instynkt macierzyński u słonia uważany jest za silniejszy niż ludzki. Słonica powinna karmic małego przez dwa lata. Słoniowe niemowlęta, zabierane od matek często w wieku 6 miesiecy zostaną przykute łańcuchem i wystawione publicznie ku uciesze turystów. Trudno się dziwić, że zapadają na chorobę sierocą, nie rozwijają się normalnie ani fizycznie ani psychicznie, obojętnieją. Czy łatwiej poddają się tresurze, tego nie wiem, ale wiem napewno, że małego słonia łatwiej i taniej można przywieźć w rejony turystyczne z odległej północy niż dużego. WNIOSEK: Moim zdaniem złe jest wspieranie obozów, w których widzicie przykute czy przywiązane, trzymane w pełnym słońcu zwierzęta, kiwające się na boki słoniątka, które za opłatą można fotografować. Złe jest nawet zatrzymywanie się w takich miejscach „tylko na zdjęcie”. Złe jest jeżdżenie na ławeczce w obozach, zwłaszcza jeśli macie kilka kilogramów nadwagi i na dodatek chcecie zaoszczędzić trzy grosze wsiadając we dwójkę (a może jeszcze z dzieckiem na kolana) w miejscu gdzie słoń chodzi w kółko po jałowej, suchej ziemi (łatwiejsze dla organizatora niż po zalesionej trasie w dżunglii) zwykle bez przerw na jedzenie, prysznic i odpoczynek. Kąpiel ze słoniem w rzece zawsze sprawia zwierzęciu przyjemność FAKT. Słonie lubią wodę, zwłaszcza w gorący dzień. Nie miałyby nic przeciw, gdyby leżenie w wodzie było ich wyłącznym, poza jedzeniem i spaniem, zajęciem (wielu ludzi też tak ma – nazywamy ich zwykle instruktorami nurkowania). Wiekszość słoni jednak musi pracować, aby zarobić na swoje wyzywienie i zwykle na „swoją” tajską rodzinę. Jeśli nie będzie kąpieli to słoniom z powrotem przytroczy się metalowe ławki na grzbiet, albo wyśle do innych ciężkich prac. Nie bojkotujmy miejsc, gdzie podejście ludzi zaczyna uwzględniać słoniowe marzenia, tylko wspierajmy je. Tajowie wyciągają biznesowe wnioski bardzo szybko; jeśli będzie wieksze zainteresowanie kąpielą, to słonie w końcu przestaną nosić turystów na grzbietach. Należy propagować odpowiedzialną turystykę FAKT. To bardzo szczytne hasło, z którym pewno każdy chętnie się identyfikuje, pytanie jednak, co się pod nim kryje, bo w sumie wszystko i nic. Myślę, że każdy człowiek ma swoją granice tolerancji dla relacji człowiek- zwierzę: co jest jeszcze ok, a co już nie. Rozmawiam z wieloma turystami o zwierzętach i zadaję im to pytanie nie od dziś. Wielu z nas odwiedza lub odwiedzało ZOO, wielu delfinaria, część nie ma oporów by robić sobie zdjęcia z naćpanym kameleonem albo orłem z podciętymi skrzydłami. Ktoś wsiada na słonia, ktoś inny mówi że to złe, ale że kąpiel jest w porządku. Dla jeszcze innych nawet to jest nieakceptowalne. Cześć z nas nie toleruje warunków hodowli zwierząt na mięso, a inni nawet na mleko czy jajka. Dowiadując się o warunkach w jakich żyją zwierzęta hodowlane ciarki przechodzą po plecach, a jednak stosunkowo niewiele osób przechodzi na radykalny weganizm. WNIOSEK: Moja linia akceptacji w odniesieniu do słoni przebiega bardzo wyraźnie. Nie akceptuje miejsc, gdzie słoń jest przykuty łańcuchem do asfaltu albo widzę, że płacze. Dlatego namawiam Rodaków na długa i kosztowną podróż prawie 200km od Phuket bo tam znalazłem najbliższe miejsce gdzie byłem w stanie zaakceptować traktowanie słoni. Tam też nie zawsze jest idealnie, sprzeciwiamy się, gdy poganiacz uderzy słonia, nie podoba nam się, że (te same) słonie wciąż noszą turystów na przytwierdzonych na grzbiecie ławeczkach. A jednak uważamy, że robimy dobrą robotę. „Nasi” kąpią słonie – wycieczka do dżungli Khao Sok W ośrodku, do którego przyjeżdżamy kąpać słonie powstają nowe udogodnienia: poręcz przy zejściu nad rzekę, prowizoryczne schodki – znaki zmian i jej akceptacji ze strony Tajów. Zabawa w rzece zaczyna być traktowana jak ciekawa opcja proponowana odwiedzającym a nie tylko wydziwianie Polaków. Ostatnio przewodnik z innej grupy rozmawiał z naszym tajskim przewodnikiem, pytał o szczegóły, o to, jak ustala się z Mahutami kąpiel i zabawę zamiast jeżdżenia na ławce na słoniu. Ja się uśmiechnąłem. I mam nadzieję, że wkrótce kilka słoni też będzie się uśmiechać i to nie tylko na widok polskich grup.
Tajlandię można uznać za Azję w pigułce. Ten niezwykle różnorodny i barwny kraj zachwyci każdego – zarówno doświadczonego podróżnika jak i nowicjusza w tym regionie. W Tajlandii znajdziemy wszystko, co charakterystyczne dla tego regionu świata: wspaniałe buddyjskie świątynie, zapierające dech w piersiach krajobrazy, rajskie plaże, barwne życie nocne i niesamowicie
Royalty Free Download preview Stary kamienny intel lord indra jazda na słońcu airavata w muzeum w tajlandii. muzeum,stary,angkor,arte,obraz,khmer,nadproże,władyka,obywatel,pałac,piaskowiec,cegiełka,kamień,styl,tajlandia Więcej Mniej ID 191754871 © Bennnn | Royalty Free Licencje Rozszerzone ? XS x @72dpi 255kB | jpg S x @300dpi 672kB | jpg M 2121x1414px18cm x 12cm @300dpi 4MB | jpg L x @300dpi | jpg XL x @300dpi | jpg MAX x @300dpi | jpg TIFF x @300dpi ??.?MB | tiff Nielimitowana Liczba Stanowisk (U-EL) Do Użytku z Internecie (W-EL) Użycie w druku (P-EL) Sprzedaż Praw Autorskich (SR-EL 1) Sprzedaż Praw Autorskich (SR-EL 3) Sprzedaż Praw Autorskich (SR-EL) Dodaj do lightboxu BEZPŁATNE POBRANIE We accept all major credit cards from Ukraine. Licencje Rozszerzone Więcej podobnych zdjęć stock Lintel rzeźbiący kościelny drzwiowy kamień Lintel rzeźbiący kościelny drzwiowy kamień Lintel rzeźbiący kościelny drzwiowy kamień Łukowaty średniowieczny kościelny drzwi z kamiennym lintel Drzwi i kamieÅ„ w Broszy Gurnessa Średniowieczny drzwi z Rzeźbiącym Kamiennym Lintel Lintel rzeźbiący kościelny drzwiowy kamień Stone Lintel, ruiny starożytnej Shivty, starożytnych Nabataean i Bizantyńskiego Miasta Izrael Stary kamienny lintel przy Ku Phra Koniec, Roi Et prowincja, Northeastern Tajlandia Widok z przodu starych drzwi drewnianych z uchwytem, żelaznym pierścieniem i kamienną ścianą. kamienny lintel nad rustykowymi drzw Widok z przodu starych drzwi drewnianych z uchwytem, żelaznym pierścieniem i kamienną ścianą. kamienny lintel nad rustykowymi drzw Stary kamienny intel lord indra jeździ na słoniu airavata w tajlandii. Hurtowe towarzystwo spółdzielcze ltd carved stone lintel sign over the entry way in old red brick and stone building Stary kamienny intel lord indra jeździ na słoniu airavata w tajlandii. Inne zdjęcia z Bennnn portfolio Piaskowcowy lintel przedstawia Indra na słoniu Airavata Prasat Hin Phimai dziejowy park w Nakorn Ratchasima Prasat Hin Phimai dziejowy park w Nakorn Ratchasima Piaskowcowy lintel przedstawia Indra na słoniu Airavata Prasat Hin Phimai dziejowy park w Nakorn Ratchasima Prasat Hin Phimai dziejowy park w Nakorn Ratchasima Prasat Hin Phimai dziejowy park w Nakorn Ratchasima Prasat Hin Phimai dziejowy park w Nakorn Ratchasima Piaskowcowy lintel przedstawia Indra na słoniu Airavata Piaskowcowy lintel przedstawia Indra na słoniu Airavata Piaskowcowy lintel przedstawia Indra na słoniu Airavata Piaskowcowy lintel przedstawia Indra na słoniu Airavata Kategorie powiązane Sztuka / architektura Detale Przedmioty Retro Sztuka / architektura Ruiny, zabytki, starożytność Przeszukaj kategorie Abstrakt Biznes Editorial Ferie IT&C Ilustracje Ludzie Natura Podróż Przemysł i branża Technologia Web design graficzne Zwierzęta Licencje Rozszerzone Strona główna Zdjęcia Stock Detale Stary kamienny intel lord indra jeździ na słoniu airavata w tajlandii.
Jazda na słoniu i kolejne wymiany ognia na materiałach wideo z Far Cry 4 14 czerwca 2014 przeczytasz w 1 min. Autor: Mateusz Tomczak. facebook; wykop; twitter
Tajlandia – popularnie nazywana jest jako „kraina uśmiechów”. Doskonały kraj na nasz „pierwszy raz” jeżeli chodzi o przygodę z Azją oraz prawdziwą egzotyką. Z naszego punktu widzenia to taki troszkę „europejski” kraj w tropikalnym wydaniu, gdyż komunikacja jest na bardzo przyzwoitym poziomie, porozumiewanie się po angielsku nie stanowi problemu, rewelacyjne jedzenie dostępne na ulicy, szeroka oferta noclegowa, kraj bezpieczny i przyjazny turyście. Nic tylko spakować plecak i wyruszyć w podróż. Tajlandia jest dosyć popularną destylacją wśród backpackerów, jednak mimo to nadal można znaleźć ustronne plaże, wysepki i miejsca. W naszych relacjach z podróży prezentujemy informacje praktyczne dotyczące planowania i wyboru miejsc, które warto odwiedzić, ceny, noclegi, komunikację i inne, a wszystko to zilustrowane pięknymi zdjęciami. Zachęcam także do zapoznania się z wpisem „Tajlandia z maluchem u boku” który stanowi zapiski z podróży pisane podczas wyjazdu. Tajlandia to jeden z popularniejszych kierunków, jeżeli chodzi o Azję Południowo-Wschodnią. Wiele osób wybiera krainę uśmiechów, jak jest potocznie nazywana Tajlandia, jako cel swojej pierwszej podróży do Azji. Sami wielokrotnie pytani przez znajomych, którzy chcą zasmakować egzotyki, gdzie pojechać pierwszy raz na własną rękę, wymieniamy Tajlandię. Spełnia ona wszystkie podstawowe warunki: jest bezpieczna, posiada szeroką ofertę noclegową w każdym przedziale czytaj więcej … Piękna pogoda, słońce w pełni, ciepła bryza znad morza, delikatny powiew wiatru odczuwalny na twarzach, a z plecaków, siatek i toreb wystają maski, fajki i płetwy. To znak, że płyniemy, aby zobaczyć jak wygląda podwodny świat w zatoce Tajlandzkiej. W paru miejscach już było nam dane oglądać podwodne krajobrazy, lecz po rozczarowaniu okolicami Koh Tao, chcieliśmy zobaczyć jaką jakość prezentuje czytaj więcej … Czy już wspominaliśmy, że czasami lubimy po prostu nic nie robić? Położyć się w cieniu palmy na delikatnym, białym piaseczku z szumem morza w tle? Tak po prostu trochę poleniuchować? Zazwyczaj koniec naszego wyjazdu gdzieś w egzotyczne rejony spędzamy właśnie na plaży. Tym razem nie było inaczej. Po kiepskich wrażeniach z wyspy Koh Tao, po wspaniałym miejscu w zatoce Tonsai czytaj więcej … Na koniec krótkiej wizyty w Kambodży czekał nas powrót. Chcieliśmy wrócić do Tajlandii, lecz nie do Bangkoku, a od razu na wyspę Koh Chang. Wcześniej naczytaliśmy się mnóstwa nieciekawych opisów tej trasy, że całość bardzo długo trwa i jest mocno uciążliwe. Każdy odradzał wybieranie się w taką podróż z małym dzieckiem. Zatem jak naprawdę wygląda przejazd Siem Reap Koh Chang? czytaj więcej … Od dłuższego czasu chodził mi po głowie tekst dotyczący mojej niedojrzałości. Od dłuższego czasu mimowolnie „potykam” się o artykuły, komentarze, doniesienia o sytuacji i warunkach słoni w ośrodkach turystycznych gdzieś daleko w Azji Południowo-Wschodniej, gdzie każdy przybysz może wykupić sobie romantyczną przejażdżkę na słoniu w dżungli. Jednym z moich celów ostatniego wyjazdu do Tajlandii-Kambodży była chęć pokazania Nadii prawdziwego i czytaj więcej … Siedzimy już dłuższą chwilę w zatoce Ton Sai, więc postanowiliśmy ruszyć się w jej okolice i zobaczyć jak wygląda, zachwalana przez wiele osób, plaża Hat Phra Nang. Czy spełni nasze niezbyt wygórowane oczekiwania? Jedynie co o niej wiemy to, że jest tam wybudowany wielki i drogi hotel oraz znajduje się tam ciekawe miejsce o nazwie Princess Cave, która wypełniona jest czytaj więcej … Nie ma tu prawdziwych dróg – jedynie utwardzona ścieżka pośród lasu, wzdłuż której znajduje się parę miejsc, gdzie można wynająć bungalow. Czas płynie tu bardzo powoli. Na ścieżce spotykamy jedynie samych wspinaczy, kuglarzy i rastamanów. Wszyscy niespiesznie przestępują z nogi na nogę. Idą po wodę do sklepu lub do baru coś zjeść. Zatoka Ton Sai – czy jest to najbardziej czytaj więcej … Mamo, tato wstajemy już? Jest dopiero godzina 7 kochanie – śpij jeszcze. Nadia pokręciła się trochę na łóżku i znowu zasnęła. Minęło trochę czasu. Tym razem budzi mnie burczenie brzucha. Spoglądam na zegarek – no ładnie, jest już po 10, zatem najwyższy czas, aby wstać. W końcu jesteśmy tu, a plaża Ton Sai, piasek i woda na nas czeka. Głupio czytaj więcej … Słońce wstało parę chwil temu. Nie jest jeszcze zbyt gorąco. W oddali słychać powolne kroki, uderzanie metalu o metal oraz chlupot wody w dużym baniaku. Zza zakrętu wyłaniają się powoli postaci, w krótkich spodenkach z gołym torsem, z przewieszoną liną wspinaczkową. Gdzie oni się wybierają i co mają zamiar załoić (w żargonie wspinaczkowym znaczy, którą drogę mają zamiar spróbować przejść)? czytaj więcej … W podróży zawsze następuje ten dzień, że trzeba zmienić lokalizację. Czasami jest on podyktowany tym, że nie podoba nam się w obecnym miejscu, a czasami, że chcemy zobaczyć coś innego. W Tajlandii wydaje się, że każde przemieszczanie się z miejsca na miejsce jest banalnie proste, bo zawsze znajdziemy firmę, która taką usługę prowadzi i będzie chciała nam ją sprzedać. Podobnie czytaj więcej …
Jazda na słoniu w Tajlandii - co warto wiedzieć o tej atrakcji turystycznej? Czy warto się na nią zdecydować? Czy jest bezpieczna dla słoni?
Miało być pięknie. Miało być przyjemnie. Miało być ciekawie. Miałyśmy siedzieć sobie na burcie, oglądać laotańskie góry i wpatrywać się w zawiły nurt Mekongu. Miało być jak w raju, a było jak w po w Chiang Mai zaczęłam nieśmiało orientować się, jak przekroczyć granicę Tajlandii z Laosem. Wszystko wskazywało, że przyjdzie nam wybrać przejście północne Chiang Khong – Ban Houayxay, z tamtąd autobusem, szybką łódką lub wolną barką – udać się do Luang Prabang. Z tych opcji wybraliśmy w naszym mniemaniu najciekawszą – czyli dwudniowy spływ barką po Mekongu, co w tajskich agencjach kosztowało od 1600 do 2300 bth za osobę (transport z Chiang Mai do granicy, z granicy na przystań i bilet na łódz w wersji podstawowej do rozbudowanej o posiłki i noclegi). Wg naszych wyliczeń wersja podstawowa kosztowała nas 1080 bth (130 autobus do autobus do Chiang Khon+60 transport hostel-granica+27 tuktuk z granicy na przystan+800 koszt slow boat po przeliczeniu z kip na baty)Ceną nie przejęłam się specjalnie, bo wiadomo, że agencje muszą zarobić. Moje doświadczenie podpowiadało mi także, że nie jest to ani takie trudne ani niebezpieczne, jak agencje głoszą. Byłam pewna, że można kupić bilet na miejscu, w dniu wypłynięcia albo maks na następny dzień (agencja: konieczne kilkudniowe wyprzedzenie), a transport, nocleg i posiłki, który były w cenie agencyjnego biletu jestem sobie w stanie zorganizować niskobudżetowo więc jak rzekłam, tak uczyniłam – i teraz szczegółami pt. jak przekroczyć granicę Tajlandii z Laosem się z Wami dzielę:1. Bilet autobusowy Chiang Mai – Chiang Rai – 130 batów, czas przejazdu ok 4h., linia: Greenline, odjazd z Arcade Bus Station. Uwaga! Bilet zarezerwujcie/kupcie z wyprzedzeniem. Trasę tą, na dzisiaj obsługuje tylko jeden przewoźnik, kursów jest mało, pierwszy rusza o g 9 am, ostatni odjeżdża o 5 pm. Przyszłam z półgodzinnym raptem wyprzedzeniem i okazało się, że biletów już nie ma. Podobnie zdziwił sie Niemiec, który stał przed nami. W związku z tym zmuszone byłyśmy spędzić dodatkową noc w Chiang Mai. Polecam duży, nowy, biały Y House po prawej stronie Świątyni. Pozostałe gueshousy mają taka samą cene za pokoj (500 bathów), wg mnie gorszy standard. Chodziłyśmy szukając tańszej opcji, ale miejscowi twierdzili, że nic w okolicy nie ma. Nocleg w okolicy dworca autobusowego, Chiang Mai, Thailand /Jak przekroczyć granicę Tajlandii z Laosem/Kłamali niestety. Idąc rano po śniadanie, przy głównej ulicy stał sobie, doskonale widoczny z płyty dworca hostel, w ktorym pokój kosztował 250 bth. Nam w sumie wyszło na to samo, bo Florian też był na niskim budżecie, wiec połączyliśmy siły i wzięliśmy pokoj w Y House. Niemniej jednak rano, gdy zobaczyliśmy, że istnieje opcja o połowę tańsza, oboje zgrzytnęliśmy w okolicy dworca autobusowego, Chiang Mai, Thailand /Jak przekroczyć granicę Tajlandii z Laosem/Wiedzone chęcią obejrzenia Białej Świątyni, zostałyśmy w Chiang Rai na jedną noc. Polecam Bus Station 1 Hostel – dosłownie 300 m od dworca. Cena za dormi – 100 bth. W tym hostelu zalecam zaklepanie dormi – było full (dobra cena+bliskość dworca). Tradycyjnie sprawdzcie, czy nie ma pluskw – my nie sprawdziłyśmy i rano tego żałowałyśmy. Wszędzie sprawdzajcie nocleg pod kątem pluskw. Niestety bywają nawet w dobrych hostelach/hotelach, a nawet w pociągach i autobusach. O moich pierwszych doświadczeniach z pluskwami pisałam Chiang Rai – Chiang Khong – lokalny autobus – 65 bth, odjeżdża co pół godziny. Jedzie się ok 3h. Może Was wysadzić na krzyżówce do mostu przyjaźni, skąd można spokojnie powędrować na granicę, lub przejechać tuk-tukiem za jedyne 20 bth za osobę. Tuk-tuki czekają tam na Noclegi po stronie tajskiej sa zdecydowanie tańsze niż po laotańskiej. Ponieważ miałyśmy w planach poranną wędrówkę do granicy, zatrzymałyśmy się w Maleehouse Hostel. Polecam zdecydowanie. Czyste dormi w nieco góralskim stylu (100 bth), supergorąca woda w dużej łazience, miło, przyjaźnie. Na miejscu można też zjeść (Malee prowadzi restaurację), natomiast ceny za posiłek zaczynają się od 60 bth. Niemniej jednak, jeśli wrócicie do drogi i pójdziecie w lewo, dwie przecznice dalej traficie na domową, lokalną restauracyjkę, która serwuje obłędny pad thai za jedyne 30 bth. Był tak pyszny, że zapobiegawczo kupiłam dwa na kolejny dzień, przechowując je u Malee w lodówce. Zdecydowanie doradzam kupić jedzenie na spływ po tajskiej stronie. Trochę jest tachania, ale zapewniam Was, że ceny w Laosie do przyjaznych nie dysponując jeepem odwozi ludzi na granicę. Usługa ta kosztuje 60 bth za osobę, wyjazd (granicę otwierają o 8 am). Ostatecznie moje plany pójścia na granicę rozpierzchły się rano. Ja jak zwykle wstałam o ale Gajce, która dość późno zasnęła, postanowiłam tego oszczędzić. Wyasygnowałam więc kasę i wraz z Malee pojechałyśmy na granicę. Juz na miejscu okazało się, że na pace nie ma mojego diablito – z mojej winy. Malee wróciła pod Guesthouse, zabrałyśmy diablito i po raz drugi wróciłyśmy na granicę. Kochana, nie chciała za to ani Na granicy kolejna niespodzianka. Otóż przed bramkami siedzi sobie pan w uniformie strażnika i kasuje po 100 bth. Chwilę mi zajęło, zanim pojęłam, że miły pan ściąga haracz, ale tylko od tych, którzy zgubili magiczną karteczke arrival/ Za chwilę kolejne zdziwienie. Po podbiciu paszportu każą ustawić nam sie w kolejce, do miejsca, które trochę wygląda jak okienko w banku. Znowu chodzi o płacenie jakiejś kasy. Jakiej, do cholery? Okazuje się, że należy przymusowo kupić bilet na autobus kursujący po moście przyjaźni za jedyne 20 bth od osoby. Nie ma możliwości przejścia go pieszo (!!!) W okienku można też wymienić baty na nowiutkie dolary, by zapłacić nimi za wizę po laotańskiej stronie. Nas, Polaków, obowiązuje opłata wysokości 30 USD/wizę. Różne narodowości mają różne Wysiadamy po laotańskiej stronie. Szybko wypisujemy karteczki arrivalowo-departurowe, dodajemy po jednym zdjęciu, wpłacamy mamonę i po 5 minutach dostajemy paszporty ze świeżutką wizą. Dodatkowo Gajki wraca z pachnącą Musicie zapłacić tuktukowi 100 bth/osobę za dowóz do przystani. Jest do niej kawał, piechotą nie da rady. Łódka odpływa – am, generalnie jak jej się slow boat. Ban Houayxay, Laos /Jak przekroczyć granicę Tajlandii z Laosem/8. Bilet kupujecie na miejscu. Nie spodziewając się podstępu nie przeliczyłam sobie batów na kipy, i zapłaciłam słone 500 bth za jeden odcinek, zamiast 105 tyś kip. Płaccie w kipach więc, nie dajcie sie zrobić w bambo, bankomat jest na granicy, a potem w kilku miejscach po drodze, spokojnie jest gdzie wybrać. Ja na szczęście zapłaciłam tylko za pierwszy odcinek, do Pakbeng , potem już mądrzejsza o spostrzeżenie płaciłam w kipach. Za pierwszy odcinek nie płaciłam też za Gaje, ale podejrzewam, że to wyszło niechcący – poszłam sama do kasy i jak zawsze kupiłam bilet dla jednej osoby, a na łódce nikt potem nie sprawdzał. Zdziwiłam się natomiast bardzo, jak zażądano ode mnie opłaty za dziecko dzień później (na drugi odcinek bilet kupuje się juz na łódce, w trakcie rejsu, 105 tyś kip) – z czego wnioskuję, że za dziecko też się płaci pełną opłatę. Ja odmówiłam, ale to akurat związane było z warkunkami rejsu – drugiego dnia zmieniono nam łódkę na mniejszą, w związku z czym brakło dla nas miejsc siedzących w części turystycznej i wylądowałysmy z Gają na podłodze za maszynownią, w grupie koczujących tam Laotańczyków. W teorii powinniście być godzinę przed wypłynięciem łódki (my nie byłyśmy). Na pierwszy odcinek miejsca w łodzi są numerowane (nasze nie były), natomiast na drugi dzień miejsce musicie sobie wywalczyć sami (dosłownie – w naszym przypadku było więcej ludzi niż miejsc – więcej o tym pisze TU) Bagaże lądują w luku lub za maszynownią, gdzie koczują też Laotańczycy (na dziobie, na rufie, lub w pomieszczeniu obok maszynowni. Nielicznym tylko udaje się go zatrzymać, więc przemyślcie bagaż podręczny w kontekscie prowiantu, napojów tudzież ubrań. Na łodzi jest WC (bez papieru) oraz bar (nie polecam – zupki chińskie, chipsy, piwo – wszystko megadrogie)Rejs slow boat na trasie Ban Houayxay – Luang Prabang, Laos /Jak przekroczyć granicę Tajlandii z Laosem/9. Pakbeng, czyli wieś w której zatrzymujecie się na nocleg jest pułapką turystyczną. Jeśli nie masz swojego namiotu, musisz znaleść nocleg. Wszyscy twierdzą, że z noclegiem nie ma problemu i ja to potwierdzam. Na nadbrzeżu już obskakuje turystów grupa naganiaczy, która oferuje noclegi w kosmicznych cenach. Nas interesował nocleg w cenie max 40 tyś kip. Przeszliśmy rząd naciągaczy, którzy koniecznie chcieli nam sprzedać za więcej, po czym weszłyśmy we wioskę. Przeszłyśmy kawałek w górę, po czym uprzejmi ludzie, słysząc jak z uporem mówimy 40 tyś kip, pokierowali nas do prostego, drewnianego hosteliku, (Vatsana Guesthouse) gdzie bez problemu dostaliśmy pokój z wygodnym, małżeńskim łóżkiem i netem za wyżej wymienioną Guesthouse, Pakbeng, Laos /Jak przekroczyć granicę Tajlandii z Laosem/Jedzenie to kolejny balet. Posiłki w restauracjach zaczynają się od 20 mil kip wzwyż, noga z kurczaka na straganie – 15 mil kip, pół starej, francuskiej bagietki z sałatą i odrobiną mięsa i pomidora – 20 mil. Gorąca woda jest na szczęście gratis, tak więc raniutko zaparzyłam sobie moją Neskę z połową mleka za jedyne 5 tyś kip, a drugą połowę spałaszowała Gaja wraz z Ostatnia niespodzianka czeka na Was już po przypłynięciu do Luang Prabang. Otóż znów trzeba zakupić bilet w cenie 20tyś kip/osoby na tuktuka do centrum. Jako że my wysiadłyśmy z łodzi ostatnie, wszystkie tuktuki już odjechały, został tylko jeden, który oświadczył, że pomimo posiadania biletu i tak nas nie zawiezie, bo mu sie nie opłaca. Robiło się ciemnawo już i niemiło, i dopiero interwencja przejeżdzającej na rowerach grupy Francuzów zmusiła kierowcę do zawiezienia nas na miejsce. Tak więc czuj duch – w grupie siła. Z technikali – po kilometrze piechoty dochodzi sie do głównej drogi i tam można łapać stopa do Luang Prabang. Miałyśmy to na uwadze, zastanowiając sie, jak wydostać sie z tej zakichanej przystani o się w The One Hostel. Nie polecam. Na zdjeciach ładny, w środku ładny, ale nigdzie jakoś nie pisze (a może pisze, ale ja nie doczytałam), że na 12 osób w dormi przypada JEDNA łazienka (czyli ubikacja, prysznic i umywalka). Możecie sobie więc wyobrazić poranny i wieczorny ablucyjny cyrk. O innych niedogodnościach owego hostelu nie scriptumNo, to by było tyle. Życze Wam przyjemnej podróży i wspaniałych wrażeń ze spływu po Mekongu. Dodatkowo życzę Wam ciepłej pogody i sprawnego silnika w barce, ale o tym jest już w następnych odcinkach (otworzysz je TU). No i – jeśli odkryjecie inne kruczki/zależności/zaskoczenia – proszę, nie omieszkajcie sie podzielić nimi w komentarzach, tak by podróżująca brać przebyła tą drogę bez niemiłych Laos /Jak przekroczyć granicę Tajlandii z Laosem/
3. Jazda na słoniu. Po pierwsze. Słonie od małego są do tego tresowane, a tresowanie to nie polega na grzecznym ich proszeniu, aby coś zrobiły. Szkolenie słonia to nic innego jak torturowanie go, zadawanie bólu, rażenie prądem, tak aby wykonywał czynności mechanicznie i zgodnie z poleceniami „opiekuna”. Po drugie.
Słoń je dziennie do 200 kg. Kulturowo słonie w Tajlandii uważane są za bardzo ważne, znajdziemy wiele odniesień w dziełach sztuki, literaturze i emblematach narodowych. W tajskim pałacu królewskim czy w świątyniach znajdziemy rysunki słoni na ścianach. W 1917 r. Oficjalną flagą Syjamu był biały słoń pośrodku czerwonego tła. Białe słonie w tajskim społeczeństwie również reprezentują bogactwo i władzę z powodu ich związków z królewskimi rodami. Flaga tajskiej marynarki nosi symbol białego słonia. Wiele prowincji w Tajlandii miało również słonie jako część oficjalnych emblematów. Dawna flaga Syjamu. Słonie w Tajlandii mają bliski związek z człowiekiem, za dawnych czasów uczestniczyły jako zwierzęta bojowe na polach bitew, były (i są) też czczone jako religijne ikony, oraz pracowały przy wyrębach lasów przenosząc ciężkie kłody drewna. Tajski słoń Tajskie słonie są klasyfikowane jako indyjskie słonie, jednak mają niewielkie różnice w porównaniu z innymi tego podgatunku. Są mniejsze, mają krótsze przednie nogi i grubsze ciało niż ich indyjskie odpowiedniki. Fakty: 1. Słonie są roślinożercami, spożywają dojrzałe banany, liście, bambus, kory drzew i inne owoce. 2. Ważą od 3 do 4 ton. 3. Jedzenie zajmuje 16-18 godzin dnia słonia, resztę czasu śpią. Jedzą około 5-6% swojej wagi dziennie, czyli 100-200 kilogramów żywności dziennie. 4. Pija do 200 litrów wody dziennie. 5. Aktualna populacja udomowionych słoni w Tajlandii to około 3000 osobników. Dzikich na wolności około 1000. Na początku XX wieku było ich ponad 6. Ze względu na ich dietę naturalne środowisko tajskiego słonia występuje w lasach tropikalnych, które znajdują się w północnej i zachodniej części Tajlandii. 7. Każdy dzięki słoń potrzebuje powierzchni co najmniej 100 km2, aby zapewnić wystarczającą ilość pożywienia (co jest problemem). 8. Oswojone słonie pracują do około 60 roku życia – później przechodzą na emeryturę, często trafiają do 9. Za młodego słonia zdolnego do pracy trzeba zapłacić nawet do 3-4 milionów THB, natomiast emerytowany kosztuje około miliona THB. Problem słoni w Tajlandii Tajlandia była niegdyś w ponad 80 procentach pokryta lasem i dżunglą, która zaczęli w latach 50-tych karczować. Powierzchnia lasów w zmniejszyła się z 80 procent w 1957 r. do mniej niż 20 procent w 1992 r. Mimo, że wycinka została zakazana w 1989 r., 70% obszarów leśnych już zniknęło, a nielegalne pozyskiwanie drewna nadal trwa. Przeniesienie upraw przez plemiennych wieśniaków, konstrukcje zapór i dróg, nawet gazociągi, plantacje eukaliptusa i ananasa, a także rozwój ośrodków w rezerwatach leśnych, wszystko to przyczyniło się do ogromnych zniszczeń naturalnego środowiska. Po pierwsze zmiany te pozbawiły je naturalnego siedliska i żerowisk, zmuszając do migracji na niebezpieczne obszary i prowadzą do konfliktów między słoniami poszukującymi pożywienia a farmerami, właścicielami plantacji – takie konflikty zazwyczaj kończą się zatruciem lub śmiercią słoni. Między 2012 a 2018 r. co najmniej 25 dzikich słoni zmarło w tym, w większości w wyniku porażenia prądem przez druty nawleczone przez rolników w celu powstrzymania słoni przed plonami. Po drugie wraz zakazem karczowania lasu udomowione słonie straciły pracę. Po zakazie pozyskiwania drewna wiele słoni dołączyło do branży turystycznej i stało się częścią obozów trekkingowych i żebractwa ulicznego (zakazanego w 2010 roku), lub została zmuszona do nielegalnego wyrębu w pobliżu lub nad granicą w Birmie. Jazda na słoniach w Ayutthaya. Bezrobocie i głód są źródłem wszystkich problemów udomowionych słoni w Tajlandii, gdyż jeśli nawet zostałyby wypuszczone na wolność do dżungli, nie potrafiłyby sobie poradzić ze znalezieniem pożywienia. Przypominam, iż taki słoń je do około 200 kg dziennie. Dlatego też znalazły zatrudnienie min. w turystyce wożąc na swych grzbietach turystów, dzięki czemu nie tylko mogą utrzymać siebie ale i tez tysiące mahutów oraz ich rodzin – pochodzących najczęściej z mniejszości plemiennych, które nie mają zbytnio żadnych praw w Tajlandii. W ostatnich latach pojawiła się wielka nagonka jazdę na słoniach, w Internecie i innych mediach pojawiają się cały czas tylko te same i jedyne zdjęcia z tzw. ceremonii phajaan – złamania duszy słonia, polegającej na biciu, przywiązywaniu i innych fizycznych metodach mającej na celu złamania woli i posłuszeństwa wobec człowieka. Trekking na słoniach w Tajlandii. 2 stronny konflikt – czy jeździć na słoniach w Tajlandii Czy ta metoda jest dobra – na pewno nie, lecz zwróćmy uwagę – czy tak jest wszędzie? Czy każdy obóz tak traktuje słonie? Byłem w parunastu i mogę powiedzieć że tak złego traktowania nie widziałem jak w często pokazanym materiale, który cały czas jest kopiowany, ciężko znaleźć nowe materiały na ten temat. Skupmy się jednak bojkocie jazdy na słoniach – do czego ma prowadzić? 1. Wróćmy do faktów, ile słoń je? – Około 200 kg dziennie, a to kosztuje 2. Czy udomowiony słoń poradzi sobie w naturalnym środowisku? – Nie 3. Co może robić bezrobotny mahout i jego rodzina którą utrzymuje pracując z obozie słoni? Jako członek plemienia, mniejszości narodowej, nie ma zbytnio praw w Tajlandii. Podsumowując, niewygodną prawdą jest to iż, jeśli turyści nie będą jeździć na słoniach, krótko mówiąc spowoduje wymarcie ich gatunku. Taki słoń je i to dużo (a to kosztuje), nie poradzi sobie jednak wypuszczony sam do dżungli. To pewnego rodzaju symbioza człowieka ze słoniem dzięki czemu obydwie strony mają jedzenie i utrzymanie. Jeśli zostanie przerwana – obydwie strony ucierpią. Mycie słoni w sanktuarium. Sanktuaria słoni W Tajlandii znajdziemy tez specjalne ośrodki opieki dla emerytowanych i pokrzywdzonych słoni, lub urodzonych w tych ośrodkach. Oferują one często programy polegające na karmieniu, myciu, kąpieli ze słoniami, oraz różne zabawy, wszystko tylko nie jazdy na grzbietach. Jest to swoją droga bardzo dobra alternatywa na spędzenie czasu ze słoniem, nakarmienie go itp., nauczeniu się trochę o jego życiu itp. Kąpiel błotna ze słoniami. Osoby bojkotujące jazdę na słoniach zalecają wizytę w tych sanktuariach i w sumie dobrze, ale chwila przecież te słonie są udomowione i posłuszne wobec człowieka – zatem jakimi metodami zostały zachęcone do współpracy z mahutem? Samym dawaniem jedzenia, czy tez jego myciem? Pomyślcie tylko przez chwilkę i znajdziecie odpowiedź. Podsumowując temat – sytuacja słoni w Tajlandii nie jest łatwa, i nie ma z niej jednoznacznego wyjścia. Stanowcze zaprzestanie jeżdżenia na nich spowoduje wyginiecie, a rodziny mahutów też nie będą miały co jeść. Sam uważam że jeżdżenie na słoniach to nic ciekawego, jednak jeśli ta symbioza z człowiekiem zapewnia w tym momencie im byt to na chwile obecną nie ma innego wyjścia. Rząd tajlandzki dokłada niewiele do sanktuariów, dlatego też nasze wizyty tam są bardzo pomocne. Kąpiel i mycie słoni. Swoją droga jako mała dygresja – mam restaurację taka fajną że jak chcecie to możecie przyjechać i zapłacić za mycie talerzy, przy okazji nakarmić kucharzy i staff pracujący w niej – kto chętny?
Jeżeli chcesz przeżyć przygodę i być niezależnym, to polecam ten środek transportu. Jazda na początku wymaga nieco cierpliwości i odwagi, ale szybko się przyzwyczaisz i zobaczysz, że prowadzenie skutera w Tajlandii ma więcej plusów niż minusów. Skutery to jeden z najlepszych sposobów na poruszanie się po tajskich miastach.
Dużo ostatnio pisze się o słoniach w Tajlandii. I słusznie, to bardzo ważny temat, który świadomy turysta powinien choć w minimalnym zakresie zgłębić. Tajlandia pełna jest miejsc, gdzie słonie służą człowiekowi w sposób dla nich nienaturalny i okupiony ogromnym cierpieniem. W sieci można znaleźć wiele informacji o łamaniu ducha słoniom, bo to warunek by je wytresować do zadań, które człowiek im wyznacza. Małe słonie odbierane są matkom bardzo wcześnie, zamykane w ciasnych klatkach i bite, aż staną się obojętne i posłuszne. Żebranie, wożenie turystów po atrakcjach czy w dżungli, malowanie obrazków to tylko niektóre zajęcia, które stają się ich udziałem i z których żyją ich właściciele. Bo często słoń jest jedynym źródłem utrzymania tajskiej rodziny. Turystyka w Tajlandii w dużej mierze łączy się z atrakcjami, w których wykorzystywane są słonie. A one nie są do tego przystosowane w żaden sposób. Więc zanim wsiądziesz na słonia, zastanów się proszę przez chwilę czy naprawdę musisz to robić. Jest wiele innych sposobów by obcować z tymi cudownymi zwierzętami w sposób dla nich najmniej bolesny. Planując naszą podróż po Tajlandii, bardzo chcieliśmy spędzić jeden dzień w towarzystwie słoni. Starannie przejrzałam sieć w poszukiwaniu miejsc, w których słonie traktowane są dobrze, gdzie się na nich nie jeździ, nie malują i nie tańczą, chodzą swobodnie. Oczywiście, pobyt słoni nawet w najlepszych ośrodkach (zwanych sanktuariami), które nie są ich naturalnym środowiskiem, nie jest dla nich najlepszym rozwiązaniem. Pamiętać jednak musimy, że to są słonie, które na wolności nie poradziłyby sobie, bo takiego życia po prostu nie znają. Z dwojga złego, skoro i tak znajdują się w takich ośrodkach, a ich utrzymanie sporo kosztuje, to można w sposób dla nich neutralny spędzić z nimi czas, służąc im w określony sposób. Jednym z takich miejsc wydaje się być Elephant’s World niedaleko Kanchanaburi. W ośrodku znajduje się 26 słoni w różnym wieku i stanie, wszystkie mają za sobą ciężkie doświadczenia w pracy z ludźmi, wiele z nich jest schorowanych. Wolontariusze zajmujący się turystami w tym ośrodku opowiadają historie wielu swoich podopiecznych, pokazują ich urazy powstałe w wyniku służby ludziom. Niektóre mają poszarpane uszy od przedzierania się przez dżunglę z turystami na grzbietach, inne z powodu chłostających ich gałęzi nawet oślepły. Zobaczycie słonie z wklęsłymi grzbietami od ciężkiego stelażu i wożenia turystów i słonie, które zaznały od człowieka tyle złego, że stały się agresywne. Te mają na szyjach czerwone liny, żeby na nie uważać. Wolontariusze opowiadają, że słonie na grzbiecie mogą unieść najwyżej 80 kg, a przecież nosząc ciężki drewniany czy metalowy stelaż i z reguły dwoje turystów, ciężar ten jest znacznie przekroczony, co ma ogromny wpływ na ich zdrowie. Bardzo czułym miejscem na ciele słonia są ich stopy. Słonie wyczuwają drgania z odległości 60 km, a przecież wożą turystów w centrach dużych hałaśliwych miast, co bardzo źle wpływa na ich psychikę. Niestety to człowiek jest przyczyną ich tragicznego losu i nie powinniśmy przykładać do tego naszej ręki. Dlatego jeśli zależy Wam na kontakcie ze słoniem, wybierzcie starannie miejsce, gdzie może się to odbyć w najbardziej humanitarny dla nich sposób. I zawsze sprawdzajcie najnowsze opinie, bo i te mogą się zmienić. Dzień w Elephant’s World rozpoczyna się od zbiórki i podziału na 10-osobowe grupy, do których przydzieleni zostają wolontariusze. My trafiamy pod skrzydła Australijki i Holenderki, a w grupie mamy dwie Kanadyjki i rodzinę z Kolumbii. Na początku wydaje się, że ludzi jest mnóstwo, ale po podziale na grupy nagle wszyscy znikają. Zajęcia są tak zorganizowane, że z innymi grupami spotykamy się ponownie tylko podczas naszego posiłku i na zakończenie dnia. Zaraz potem ma miejsce pierwsze karmienie słoni. W ruch idą warzywa wszelakiej maści, zgodnie z potrzebami i upodobaniami poszczególnych słoni, które mają rozpisane menu na dużej tablicy. Słonie karmione są ze specjalnego drewnianego pomostu, do którego podchodzą i wyciągają trąby po smakołyki. Przy każdym słoniu czuwa jego opiekun. Po karmieniu idziemy nad rzekę obserwować słonie w wodzie, ich zachowania. Wolontariusze opowiadają o próbach nawiązania więzi między słoniami, które tu nie są przecież rodziną, a mają bardzo silne poczucie więzi rodzinnych. Ponoć potrafią rozpoznać zwierzę lub człowieka, który im wyrządził krzywdę, nawet po kilkunastu latach. Podobnie poznają osoby im bliskie. W ośrodku próbują się zaprzyjaźniać, co nie jest dla nich łatwe. Obserwujemy trzy słonie, które ciągle trzymają się razem i starą słonicę, która zaadoptowała młodego, pełnego energii słonia, za którym biega i jest bardzo zmęczona tym „macierzyństwem”. Potem idziemy przygotowywać naszej słonicy posiłek- sticky pumpkin rice, czyli klejący ryż z dynią. Dynia musi być posiekana na drobniutkie kawałeczki, a potem ugotowana z ryżem na bardzo miękko. Nasza słonica nie ma zębów, więc musi otrzymywać papki. Kiedy dorośli kroją dynię, dzieci myją ogórki z pestycydów. Przy stole poznajemy się z naszymi towarzyszami z grupy, a wolontariuszki opowiadają o słoniach, które stoją w pobliskiej lecznicy. Później mieszamy ryż, żeby wystygł, dzieci biorą udział we wszystkich zajęciach. W czasie, gdy ryż stygnie, my idziemy na obiad. Jedzenie jest przepyszne, duży wybór dań i w dużej ilości, naprawdę pycha. Jemy na pomoście, wokół którego słonie spacerują i zażywają kąpieli błotnych. Bawią się jak dzieci, rzucają oponą jak piłką, siłują się i radośnie taplają w błocie 🙂 Po posiłku dzieci dostają gipsowe słoniki do pomalowania, nasze przyszły później więc muszą się spieszyć, bo trzeba iść karmić naszą słonicę tym, co jej przygotowaliśmy 🙂 Po obiedzie oglądamy krótki film o zachowaniach słoni i cechach gatunku, a potem idziemy robić z naszego sticky pumpkin rice duże kule, do których wkładamy witaminy i obtaczamy w jakiejś paszy. A potem karmimy. Słonica, czując zapach ulubionej potrawy, przybiega pod wiatę i tam zostaje nakarmiona 🙂 Po posiłku nadchodzi czas na kąpiel. Opiekunowie wprowadzają słonie do wody, tam są polewane wodą i szczotkami czyszczone z błota. W pewnym momencie słonie nabierają wody w trąby i zaczynają nas polewać. Mieliśmy wejść do wody do wysokości kolan, a skończyło się na przemoczeniu od stóp do głowy i konieczności zmiany ubrania po tej kąpieli. W czasie tego zbiorowego chlapania nasz słoń trąbą- jak pięścią- przetarł sobie oko, do którego dostała się woda. Ten odruch był tak ludzki, że obie z Lenką zamarłyśmy ze wzruszenia 🙂 Po zmianie ubrań nadszedł czas na ostatnie karmienie i pożegnanie ze słoniami. Dzieci dostają swoje pomalowane słoniki i dyplomy opiekuna słoni. Na tym kończy się nasza przygoda ze słoniami. Wiele się nauczyliśmy o tych wspaniałych zwierzętach, a spędzenie z nimi 8 godzin, uczestniczenie w ich zajęciach, na zawsze w nas zostanie. Dziewczynki miały olbrzymią frajdę i z przejęciem opowiadają o tym do dziś, a i dla nas, dorosłych, to było fascynujące doświadczenie. Czujnie obserwowałam wszystko, co się ze słoniami w ośrodku dzieje, ale nic nie wzbudziło moich wątpliwości. Słonie nie były do niczego zmuszane, poza znoszeniem obecności turystów. Ale znowu pamiętajmy, że to już nie są dzikie zwierzęta, które mogą wrócić na wolność. Nie mogą z powodu tego, co zrobił im człowiek. Widząc ile słonie jedzą, rozumiem, że jest to sposób na utrzymanie słoni w ośrodku i zdobycie środków na opiekę nad nimi. Głęboko wierzę, że tak właśnie jest i swoją obecnością tam nie przyłożyliśmy się do trudnego życia tych zniewolonych zwierząt. A Was gorąco zachęcam by spotkanie ze słoniem wyglądało w podobny sposób, a nie na jego grzbiecie. Informacje praktyczne: Dzień w Elephant’s World kosztuje 2500 bht dla dorosłych i 1500 bht dla dzieci. Cena obejmuje transport z dowolnego hotelu w Kanchanaburi w obie strony, wszystkie opisane zajęcia i pyszny obiad oraz wodę, którą dostaje się zaraz po opłaceniu pobytu. Pobyt w ośrodku należy zarezerwować online z wyprzedzeniem, należy zabrać ręcznik i ubrania na zmianę. I tu uwaga praktyczna- zabierzcie ciemne ubrania, bo jasnych do dziś nie mogę doprać. Komarów nie było, większość zajęć odbywa się pod zadaszeniem, więc słońce bardzo nie dopieka. Można wybrać dłuższe opcje pobytu w Elephant’s World. Kanchanaburi to bardzo przyjemne miasto, żałujemy, że byliśmy tam tak krótko. Nie mieliśmy w planach zwiedzania muzeów ani przejażdżki koleją śmierci, przyjechaliśmy tam tylko dla słoni. Dojazd z Bangkoku możliwy jest licznymi autobusami lub busami z Dworca Południowego albo taxi. Z tego co pamiętam, docierają tam również dwa pociągi, ale autobusem jest szybciej. Jeśli będziecie w Kanchanaburi to gorąco polecam restaurację Kan Buri, gdzie jedliśmy najpyszniejsze jedzenie w Tajlandii, a właściciel widząc mój aparat fotograficzny na stole przysiadł się i uciął pogawędkę o fotografowaniu (sam fotografuje zawody sportowe i publikuje zdjęcia w magazynach sportowych). Zatrzymaliśmy się w bardzo dobrym hotelu Kanchanaburi City Hotel , który bardzo polecam. Położony 150 m od mostu na rzece Kwai, można w nim bezpłatnie wypożyczyć rowery, jest przyjemny basen i dobre śniadania. Obsługa bardzo pomocna, załatwiła nam taksówkę, którą chcieliśmy pojechać do wodospadów Erawan, a potem do Bangkoku na nocny pociąg. Podobał Ci się ten wpis? Polub nasz profil na Facebooku.
Po ogromnym emocjach i po męczących przygotowaniach ślubu warto zdecydować się na podróż poślubną. Tajlandia to jeden z najromantyczniejszych zakątków świata. Dyskretne plaże, salony spa, niesamowita kultura i słoneczna pogoda są gwarancją udanego urlopu i wspomnień, które towarzyszyć nam będą do końca życia.
Dodatkowymi atrakcjami są wycieczki morskie na pobliskie wyspy, czy też wycieczki lądowe w celu zobaczenia dżungli. Niezwykle fascynująca może okazać się również jazda na słoniu. Miejscem, które koniecznie należy zobaczyć będąc w Ao Nang jest niewątpliwie Princess Cave, czyli świątynia, w której czeka wiele fallicznych rzeźb.
Wycieczka Safari w Koh Lanta Koh Lanta Safari to świetny kompromis dla miłośników eksploracji lasów deszczowych i miłośników zwierząt. Po przeniesieniu z hotelu zabierzemy Cię do rezydencji Safari Camp, gdzie personel opiekuje się Słoniami, które zabiorą Cię do Dżungli Lanta, aby cieszyć się trekkingiem na grzbiecie tych wspaniałych zwierząt. Wycieczka Safari w Koh Lanta
.